13 lutego 2015

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" na ekranie, czyli kilka słów o wpływie filmu na hormony


Nadszedł ten wyczekiwany przeze mnie wieczór. Oficjalna polska premiera ekranizacji "Pięćdziesięciu twarzy Greya" dnia 12 lutego 2015 roku. Od jutra, a dokładniej już za kilka godzin film będzie dostępny w kinach w całej Polsce. Tłumy kobiet, po części wraz z partnerami, zasiądą w salach kinowych i spędzą dwie godziny i pięć minut na spotkaniu z Panem Greyem. Ja tę przyjemność już miałam. Oficjalny fanpejdż "Pięćdziesięciu twarzy Greya" obdarował mnie biletami na to niesamowite wydarzenie. W Warszawskim Sadyba Best Mall od tygodnia były organizowane wieczory z Greyem, a cały cykl podsumował właśnie wyczekiwany premierowy pokaz.

Pozwólcie mi więc powiedzieć, czy naprawdę warto wybierać się na ekranizację erotycznego bestsellera określanego przez każdego, kto nie czytał książki "porno dla kur domowych". Obiecuję brak spoilerów, nie zdradzę Wam niczego, co nie zostało ukazane w trailerach, nie skomentuję przecieków sprzed premiery. Opowiem za to o wrażeniach, byście wiedzieli, że warto wydać pieniądze na bilet do kina.


Wasza Natalia przy plakacie. Nieco niewyraźna, ale wiecie, duszno było :) Aż chciało się go wziąć do domu.
Fot. K.N. Haner
Nie ma chyba osoby na ziemi, która nie wiedziałaby, o czym opowiada ta historia. Anastasia Steele w ostatniej chwili zostaje poproszona o z pozoru niezbyt trudną rzecz. Jej współlokatorka i przyjaciółka, Kate Kavanagh, rozchorowała się i nie jest w stanie stawić się na wywiad z niejakim Christianem Greyem, jednym z najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Ana zgadza się i wyrusza na podbój Grey Enterprises Holdings Inc. Na miejscu jednak odbiera jej mowę. Pan Grey okazuje się być nieziemsko przystojnym, miłym, pełnym emocji, błyskotliwym, budzącym respekt mężczyzną, który zniewala Anę od pierwszego spotkania. Christian żywi podobną fascynację młodą studentką, która nie wie jeszcze, że ten nie odpuszcza, dopóki nie dostanie tego, czego pożąda. Między tą dwójką rozwija się specyficzna relacja, która poza ogromnym zaufaniem i uczuciem będzie wymagała przekroczenia granic i zmiany dla drugiej osoby. Czy ten układ jest w stanie przetrwać?

Nasze genialne grono!
Fot. K.N. Haner
Zacznę od tego, że na pokaz premierowy wybrałam się w wyborowym towarzystwie. Przede wszystkim od dawna wiedziałam, że idę na niego z autorką jednego z patronatów Książkowego - K.N. Haner, która jest niesamowicie sympatyczną osobą [i przy okazji autorką wszystkich zdjęć użytych do tej recenzji]. Wraz z nami wybrała się moja dobra koleżanka Michalina oraz Oktawia, którą poznałyśmy na żywo dzięki temu, że Hanerka miała jeden wolny bilet. Było to najlepsze grono, w jakim miałam okazję kiedykolwiek wybrać się do kina na seans. Sprawiły, że złamałam co najmniej połowę swoich kinowych zasad i byłam z tego zadowolona. Razem się śmiałyśmy, wzruszałyśmy, przeżywałyśmy - szczególnie ja i Kasia. Co chwila łapałyśmy się mocno za dłonie i wspólnie przeżywałyśmy ulubione momenty z książki. To było niesamowicie pozytywne.

Niestety nie do końca dopisała widownia. Większość z obecnych na pokazie osób nie miała styczności z książką i nie bała się do tego przyznać. I co się tu dziwić, że podczas seksu głównych bohaterów wybuchali śmiechem? O tych scenach opowiem Wam więcej później, ale po prostu gdyby nie było ze mną dziewczyn, wyszłabym z seansu zła jak osa na atmosferę. Dzięki nim jednak dałam radę wyłączyć się na resztę kina i przeżywać tak, jak tylko miałam ochotę. Już dawno nie czułam się tak swobodnie na oficjalnym seansie.
Z Hanerką na sali kinowej, w oczekiwaniu na seans.
Fot. K.N. Haner
W temacie gry aktorskiej - czapki z głów. Nie sądziłam, że aktorzy aż tak wczują się w swoje role. Najbardziej zachwyciła mnie oczywiście główna para. Dakota Johnson grająca Anastasię była niesamowicie naturalna. Zagrała prawdziwą Anę - zwykłą dziewczynę kończącą studia, niepoprawną romantyczkę szukającą księcia z bajki. Pokazała całą gamę emocji, które przemawiają do widza z ekranu i niemal wbijają się z całej siły w serce. Podobnie wspaniale wypada Jamie Dornan w roli Christiana Greya. Gra intensywnie, bez cienia wstydu i niesamowicie przekonująco. Gdybym nie była pewna tej serii i jej ekranizacji, to właśnie za kreację Christiana bym je pokochała. Już dawno nie doświadczyłam takiej intensywności bijącej od filmowej postaci. Tutaj momentami z Kasią pozostawałyśmy pozbawione tchu. W niektórych scenach sprawił wręcz, że same rozważałyśmy nasze zachowanie na miejscu Any. Dodatkowo zrobił coś, czego kompletnie się nie spodziewałam - sprawił, że zaczęłam patrzeć na postać Greya w zupełnie innym świetle. Coś, czego nie widziałam podczas lektury książki, ukazał mi swoją grą aktorską i jestem tym szczerze zachwycona, mimo że pewnie sama na miejscu Any zachowałabym się inaczej.

Inni aktorzy również dopisali. Eloise Mumford, grająca żywiołową Kate Kavanagh, kradła każdą scenę, w której się pojawiała. Odegrała swoją rolę lepiej niż zapamiętałam ją z książki. Partnerujący jej Luke Grimes (w filmie jako Elliot, brat Christiana) pojawił się dosłownie trzy razy, ale zdążył mnie do siebie przekonać. Nie mogę powiedzieć tego o Victorze Rasuku, który po prostu nie pasował mi do roli Jose, podkochującego się w Anie przyjaciela. Nie ten typ urody. Nie rozumiem szumu wokół Rity Ory, grającej Mię, siostrę Christiana. Pojawiła się dosłownie w jednej scenie i to dosłownie na minutę, a wszyscy tak ją promują szyldem Greya. Podobnie brakowało mi Taylora w wykonaniu Maxa Martiniego, który odegrał swoją rolę naprawdę świetnie, ale było go za mało. Podobnie z rodzicami obu postaci. 

Kasia i ja prawie na czerwonym dywanie.
Fot. Oktawia Podlewska
Fabularnie film wypada świetnie, ALE tylko dla osób, które czytały co najmniej pierwszy tom. Jak już pisałam wyżej, na seansie większość widzów nie zapoznała się z książkami i prześmiali połowę filmu. Owszem, było mnóstwo zdrowego humoru, który rozczulał i zniewalał zarazem, ale śmiech podczas, gdy Ana płacze? Przy pierwszej wizycie w Czerwonym Pokoju? Podczas seksu? Coś mi tu nie grało.
Scenarzyści pominęli wiele szczegółów, które moim zdaniem mogły być dość istotne dla osób nieznających książek. Bez nich historia nie zawsze miała logiczny ciąg i kolejne akcje nie zawsze były powiązane z poprzednimi. My wiedziałyśmy, co, gdzie i jak, pamiętałyśmy wszystko pomiędzy z książki, ale reszta mogła nie nadążać. 
Za to w ramach wynagrodzenia pojawiło się kilka dialogów i scen, które w książce nie miały miejsca. Nic wielkiego, ale takie drobnostki dobrze na nas podziałały.

Nasze zaproszenia.
Fot. K.N. Haner
Sceny seksu zostały ukazane zarazem odważnie, jak i z ogromną klasą. To nie film pornograficzny, to czysta erotyka. Owszem, jest nagość i kamera nie ma z nią problemów - ostrzegam przed tym osoby, które są wrażliwe na tak bezpośrednie ujęcia. Kwestia reakcji widza. Mnie zadowoliło, że pokazano to tak, jak powinno być przy tej historii. Seks odgrywa w niej dużą rolę, a to, jak go przedstawiono w filmie naprawdę dobrze oddaje książkę. Jest tu perwersja przy wszelkich klapsach czy pejczach. Jest erotyczna podróż dwojga ludzi ku niekonwencjonalnej przyjemności. Z ekranu bucha namiętność, pożądanie i niezbywalne napięcie seksualne, którego większość kobiet pragnie w swoich związkach. Do tego nie ma momentu, w którym (i w książce, i w filmie) zapomniano by o czymś takim jak higiena seksu. Przykładowo - podkreślane jest korzystanie z prezerwatyw, jak i regularne wizyty u ginekologa. To również ważny aspekt - promowany jest pikantny, lecz wciąż bezpieczny seks.
Wszelkie teksty o przemocy mężczyzny wobec kobiety możecie sobie darować. To bzdury pisane przez ludzi, którzy nie czytali książki lub też przeczytali fragmenty i uważają się za wielkich znawców. Nie na tym polega BDSM. I nie na tym polega ta relacja. Nawet w jej najbardziej dramatycznych momentach.

Wiele osób twierdzi, że film ukazuje przemoc domową jako coś dobrego, na co warto się zgodzić. Tutaj znowu pokazuje się różnica między wrażeniami osób znającymi książkę, a tymi "zielonymi" w temacie. Czytałam tę historię nie raz, nie dwa i odbieram ją kompletnie inaczej. I to - na ile zdążyłam się zorientować - we właściwy sposób. Mamy głównego, popieprzonego* na pięćdziesiąt sposobów bohatera, który nie kryje się z tym, jak bardzo jest popieprzony*, co jest znacznie bardziej podkreślane w książce niż w filmie. Postawcie się na miejscu Any - facet, od którego się uzależniłaś emocjonalnie, nie wykorzystuje tego, zmuszając Cię do przekraczania własnych granic i podpisania kontraktu bez świadomości, na co się piszesz. Sam przestrzega Cię, byś dokładnie go przeczytała, negocjowała wszystkie punkty i podpisała DOPIERO wtedy, gdy będziesz czuła się w 100% komfortowo w proponowanym układzie. Oferuje, że pokaże Ci, na czym by się opierał, byś miała podstawę praktyczną do podjęcia decyzji. Co chwila podkreśla, że możesz odejść, jeśli nie będzie Ci coś pasowało. 
Świetnym przykładem jest ostatnia scena książki i filmu - chociaż przypominam, że jeśli nie czytaliście książki, nie powinniście pod żadnym pozorem wybierać się do kina. Scena w Czerwonym Pokoju z użyciem określonego przyboru jest jednym wielkim kompromisem. Ana daje Christianowi szansę na wyjaśnienie ważnego aspektu ich relacji, a on przed przejściem do czynu kilkukrotnie pyta, czy na pewno tego chce. Przypomina jej słowa bezpieczeństwa, by upewnić się, że powstrzyma go, jeśli to wszystko zajdzie za daleko (tak samo przed ich pierwszym wspólnym doświadczeniem wykraczającym poza zwykły seks). Ana może wyjść w każdej chwili. Christian po prostu nie robi nic wbrew jej woli.
Więc nie, nie ma tu nic z przemocy domowej. Jest tylko pikantny, ukazany bez pruderii seks. Hejterzy, możecie spać spokojnie.

Warto też pokreślić, że nie ma co popełniać błędu mas i doszukiwać się tu idealnej, wzorcowej relacji między kobietą i mężczyzną. Jeśli takiej szukacie, sięgnijcie po powieść młodzieżową. "Pięćdziesiąt twarzy Greya" przedstawia przykład kompletnie popieprzonej* na pięćdziesiąt sposób relacji. Dwójki ludzi, którzy próbują rozpracować, czego tak naprawdę chcą od życia i czy warto zmieniać to, z czego nie jesteśmy dumni, dla drugiej osoby. Christian przecież nie jest zadowolony z tego, jakim uczyniło go życie, ale nie wie, jak z tym walczyć. Ana chce mu w tym pomóc, ale to wymaga czasu.

Nasze Cosmo x3.
Fot. K.N. Haner
Jednak przede wszystkim z ekranizacji bestsellera uznanego za "porno dla mamusiek vel. kur domowych" stworzono świetne love story, oparte na nietuzinkowym humorze, fenomenalnej grze aktorskiej, odważnych scenach seksu i pełnej famie emocji. Dostaliśmy to, w co wiele osób, w tym moich znajomych, nie chce wierzyć - świetnie nakreślony portret psychologiczny osoby uzależnionej od seksu oraz związku polegającego na wzajemnym uzależnieniu od siebie partnerów. Christian z czasem gotowy jest na drobne ustępstwa, byleby utrzymać Anę przy sobie. Anastasia zaś dostrzega, jak szybko stała się zależna od Greya i próbuje zwolnić, ale nie dostaje na to czasu z jego strony. Z ogromną empatią podziwiałam ten wątek na ekranie i wierzcie mi, że zamierzam więcej poczytać o tak mocnym uzależnieniu emocjonalnym i psychicznym. 

Powoli zbliżając się do końca, pozwólcie mi dodać dwa słowa o soundtracku. O ile piosenki są niesamowite i odebrały mi mowę od pierwszego wypuszczenia ich do Internetu, tak uważam, że nie zostały do końca dobrze dopasowane do konkretnych momentów w filmie. Były dobre połączenia, ale nie wszystko mi współgrało. Niemniej nie przeszkadzało mi to aż tak, by zepsuć seans.

Po seansie zorganizowano mały bankiet, na którym opiłyśmy nasze spotkanie i udany seans oraz objadłyśmy się słodkościami z okazji Tłustego Czwartku. Kasia została moim osobistym Greyem, gdy rozkazała głośno "Jedz!" i mnie nakarmiła. Bawiłyśmy się przednio! I nawet załapałyśmy się na tło jakiegoś wywiadu.

Podsumowując, powiem krótko - film zdecydowanie nie jest dla osób poniżej 18 roku życia ze względu na odważne sceny erotyczne. Nie powinny go oglądać osoby nieznające książki. 
Zaprosiłabym za to każdą kobietę, która lubi pikanterię w łóżku, ale przy tym uwielbia dobre love story. Gdyż dla mnie tym właśnie był ten film - romansem z psychologicznym spojrzeniem na toksyczny związek i, nie owijając w bawełnę, pieprzeniem z klasą. A że przy okazji podgrzewa atmosferę na Walentynki, polecam sprawdzić ten fenomen na własnej skórze.


* W odniesieniu do historii słowo "popieprzony" było niemal niezbędne do użycia w recenzji.