07 października 2014

Filmowo-premierowo: "Love, Rosie" (na podstawie książki Cecelii Ahern "Na końcu tęczy")

Recenzja była już na blogu w połowie września, jednak na prośbę firmy musiałam ją cofnąć. Wczoraj zdjęto embargo na informacje o filmie, więc wstawiam ją dla Was ponownie.
*  *  *
Jak część z Was wie, ponad tydzień temu otrzymałam listowne zaproszenie na pokaz prasowy filmu "Love, Rosie". Został on nakręcony na podstawie bestsellera autorstwa Cecelii Ahern pt. "Na końcu tęczy". Książki jeszcze nie czytałam, ale dziś (recenzja pisana wczoraj, jeszcze w poniedziałek) jestem świeżo po seansie i wręcz nie mogę się powstrzymać od opisania wrażeń! :) Jak tylko dorwę książkę, obiecuję zrecenzowanie i jej, gdyż historia Alexa i Rosie zdobyła moje serce.

"To nie była zwykła przyjaźń. Byliśmy nierozłączni, mimo że ciągle nas rozdzielano."

Film wchodzi do kin dopiero 5 grudnia, więc zaproszenie na trzy miesiące przed mocno mnie zaskoczyło. Na początku w ogóle nie wiedziałam, o co chodzi. Nie skojarzyłam tytułu filmu z podpisem na dole zaproszenia o treści "Love, Rosie". Dopiero Sophie z bloga Book Reviews przyszła mi z pomocą i sprawiła, że skakałam pod sufit (i skaczę dalej), gdyż na ten film czekałam niemal od samej premiery trailera. Zabrałam ze sobą na seans Paulinę - moją bliską koleżankę i zarazem wielką fankę Sama Claffina, znanego z roli Finnicka w "Igrzyskach śmierci", a tu grającego głównego bohatera, Alexa. Tak samo jak ja, Paulina była kupiona na samo wspomnienie o tym aktorze i wcale jej się nie dziwię! Niedawno dostała od niego piękny autograf (tak mało brakowało do dostania też numeru! Sami zobaczcie na jednym ze zdjęć poniżej) i obie się z tego cieszyłyśmy :) Wracając do filmu...

Alex i Rosie znają się od dzieciństwa. Są ze sobą niezwykle blisko i snują wspólne plany na przyszłość, wszystko na stopie przyjacielskiej. Planują nawet naukę w tym samym mieście w Stanach. Niestety nie wszystko zawsze się układa. Po nocy ze szkolnym przystojniakem i serii wymiotów Rosie odkrywa, że jest w ciąży. Rezygnuje z planów wyjazdu, by zająć się macierzyństwem i jednocześnie namawia przyjaciela, by jechał i studiował, nie martwiąc się o nią. Długoletnia przyjaźń zostaje wystawiona na próbę. Czy pokona dystans i przetrwa próbę czasu?


Takie oto piękne zaproszenie otrzymałam :)
W rolach głównych występują: wspomniany wyżej Sam Claffin jako Alex Stewart oraz Lily Collins, znana m.in. z ekranizacji "Miasta kości", jako Rosie Dunne. Szczerze mówiąc, uważam, że genialnie dobrano aktorów do tych ról. Nie mogę wyobrazić sobie lepszych odtwórców, jak i nie mogę przywołać do pamięci, z filmów widzianych w ciągu ostatnich co najmniej siedmiu lat, tak naturalnych postaci. Nie mówiąc już o morale. Wszystko w tym filmie było cudowne poza trzęsącą się czasami kamerą. To jednak dało się znieść, a że jest to jedyną wadą ekranizacji, to wolałam ją podać, zanim się rozpędzę w swoich zachwytach.

Fabuła jest po prostu przepiękna. Sama nie wiem, czy brak mi słów, czy też wyleją się ze mnie całym potokiem jak łzy podczas seansu. Żartowałam, że wraz z Pauliną wypłakałyśmy całą rzekę i że jak kogoś podtopi, to wina leży po naszej stronie. Odszkodowania nie gwarantujemy, możemy tylko gorąco polecić Wam wybranie się do kina w grudniu. My z pewnością pójdziemy jeszcze raz i planujemy namówić znajomych. Mnie samej w ciągu ostatniej doby udało się przekonać do filmu już około dziesięciu osób, nie zdradzając na jego temat dużo więcej niż powyższy opis.

"Zdałam sobie sprawę, że bez względu na to, kim jesteś albo z kim jesteś..."

Podobał mi się może niezbyt oryginalny, ale jakże trafny humor. Zakochałam się w przyjaźni z dzieciństwa, którą bohaterowie prowadzili po cienkiej, ale mocnej linie nad gigantyczną przepaścią. I mimo, że kilkukrotnie omsknęła się jej noga i  miała szansę na upadek, to zawsze wracała na swój tor i nie pozwalała na zniszczenie tego, co było tak ważne, ale niewidzialne dla oczu. Jestem oczarowana zestawem morałów, jakie płyną z tej ekranizacji i nawet nie mogę sobie wyobrazić, jak piękna musi być książka. Obecnie na rynku dostępna jest jedynie wersja kieszonkowa, więc polecam poczekać do grudnia na normalnej wielkości książkę, w nowym wydaniu, w związku z którą będę mieć dla Was niespodziankę.

Skoro zaczęłam temat morałów, nie spodziewajcie się romansu dla młodzieży, gdyż film jest od tego naprawdę daleki, mimo że tak sugerowałby trailer. "Love, Rosie" przedstawia dwójkę ludzi, którzy nie umieją znaleźć swojego miejsca na ziemi. Patrzą, ale nie widzą, aby przy dotyku czuć aż nadto. Historia pary prawdziwych przyjaciół, których drogi pewnego dnia się rozeszły, by następnie w kółko ze sobą splatać. Jest to również piękna opowieść o tym, jak łatwo dostrzec można swoje błędy, pomagając innym i jak dzieci oraz powtórka z przeszłości mogą odmienić koleje losu. Piękna przygoda dwóch zagubionych bratnich dusz, które musiały pokonać piętrzące się przeciwności losu, wywiązać z konsekwencji złych wyborów i nauczyć spełniać marzenia. I przede wszystkim dowód na to, by nie kryć się z prawdziwymi uczuciami i podążać za głosem serca, a nie rozumem, gdyż przy obraniu drugiej z tych ścieżek szanse na niebezpieczne rozejście wspólnej drogi gwałtownie wzrastają.

Niezwykłym elementem filmu był ten dobór soundtracku. Piosenki były niesłychanie trafnie dobrane, bez ani jednej wpadki. Wszystko odwzorowywało nastrój danej sceny i czasem dodatkowo wyzwalało emocje, co na mnie wyjątkowo działało, gdyż jestem wrażliwa na dobre tło muzyczne. Z pewnością kupię płytę z soundtrackiem, jeśli tylko zostanie wydana.

I wreszcie chcę dodać jeszcze dwa słowa na temat pozostałych postaci. Naprawdę polubiłam tatę Rosie, wspaniały mężczyzna bezwarunkowo podążający za marzeniami. Katie, mimo że momentami irytowała, również mnie poruszyła, szczególnie w jednej z ostatnich scen. Ciekawą osobą wydaje mi się przyjaciółka Rosie, której imienia niestety nie wyłapałam nigdzie w filmie, a portale filmowe go nie podają. Zabawna, z mocną gadką i szczerym podejściem do życia, czasem zdawała się zbyt, a czasami nie dość zwariowana do pary z główną bohaterką. Niemniej zapałałam do niej sympatią od pierwszej sceny, a jej gra aktorska na tyle przypadła mi do gustu, że zacznę rozglądać się za innymi filmami z jej udziałem.

"...będę zawsze, prawdziwie, całkowicie cię kochać."

"Love, Rosie" nie jest komedią romantyczną dla młodzieży. Opowiada historię ludzi, którzy w wieku osiemnastu lat popełnili błędy, za które musieli pokutować kolejne lata. Przyjaciół, zgubionych wśród własnych ścieżek, próbujących odbudować swoje życia i wrócić do momentu, w którym ich drogi się rozeszły. Bratnich dusz rozjaśniających rzeczywistość każdym szalonym pomysłem i szczerym uśmiechem. W końcu pary dowodzącej, że warto walczyć o marzenia i słuchać głosu serca bez względu na cenę.


Przepięknie dziękuję pani Agacie z firmy Rabbit Action za cudowne listowne zaproszenie na tak wspaniały i wzruszający film, a Wam, czytelnikom, zapowiadam, że postanowiłam włączyć się i aktywnie promować film oraz książkę, więc ta recenzja to na pewno nie koniec tematu "Love, Rosie" i Cecelii Ahern.

Zapraszam Was do kupna książki: