Co innego jednak z czasem i ciemnością, gdy ma się dobrego kompana. Dzięki znajomej z Facebooka poznałam w końcu Agnieszkę z bloga Książkowo i razem wybrałyśmy się na seans na warszawskim Bemowie.
Teraz dochodzę do wniosku, że w sumie nie wiem, która z nas była bardziej zdziwiona fabułą i całokształtem ekranizacji.
Historia opowiada o grupie chłopców i mężczyzn, którzy z nieznanych im przyczyn trafiają na niewielkie pole otoczone gigantycznym, betonowym murem. Za nim znajduje się ogromny labirynt, z którego nie ma wyjścia. Za dnia jest otwarty, zaś przed zmierzchem wejście zostaje zamknięte, więżąc pozostałych za murem śmiałków i skazując ich na okrutną śmierć w paszczach grasujących tam potworów. Co miesiąc dostarczany jest kolejny uczestnik i chłopcy uczą się współgrać i żyć na nowych zasadach. Nie pamiętają nic z czasów, zanim dostali się na arenę - jedynie po kilku dniach przypominają sobie własne imię. Pewnego dnia dołącza do nich Thomas. Niby tylko kolejny uczestnik, a jednak to właśnie jego obecność doprowadza to coraz większych zmian - nie tylko w strukturze małego społeczeństwa uwięzionych, ale również w postępach w planie ucieczki i znalezienia wyjścia z labiryntu. Odmienność Thomasa potwierdza dodatkowo niespodziewane i przedwczesne dostarczenie ostatniego uczestnika - jedynej dziewczyny od początku istnienia labiryntu, która na dodatek zdaje się pamiętać skądś Thomasa i to z wzajemnością.
Część subiektywną zacznę może nieco nieprofesjonalnie, ale szczerze. Czy ktoś mi może powiedzieć, do jakiego gatunku zalicza się książkę i ten film? Myślałam, że to miała być dystopia, a wyszło pomieszanie z poplątaniem zupełnie innych gatunków. Było tu science-fiction z wielkimi, obrzydliwymi pajęczakami, przez które byłam wdzięczna za zajęcia w prosektorium i uodpornienie się na różne widoki. Wpleciono naprawdę dużo momentów i dłuższych akcji rodem z horrorów. Znalazłam elementy thrillera, nawet dokładniej tego psychologicznego podgatunku, ale też fragmenty pasujące bardziej do przygodówki lub filmu akcji. Jakimś cudem do tej mieszanki nie wszedł romans, czego się spodziewałam po trailerze zdradzającym, że do grupy facetów dołączy w końcu dziewczyna. I pozytywnie mnie taki rozwój wydarzeń zaskoczył. Niemniej jednak naprawdę pogubiłam się w gatunkach i jak dla mnie było zdecydowanie za dużo horroru i science-fiction w dystopii.
Niemniej podobały mi się efekty specjalne i, ogólnie rzecz biorąc, grafika. Wszystko wyglądało wiarygodnie, mimo że oczy osób zarażonych infekcją do tej pory wydają mi się pasować bardziej do kosmity. Ostatnia scena mnie nieco zaskoczyła, ale biorąc pod uwagę, że film tak samo jak książka musi mieć kontynuację, to z pewnością mogłam się czegoś takiego spodziewać. Przy jednej jedynej scenie myślałam, że łzy staną mi w oczach, ale nie - było mi po prostu smutno. Zdarzyło się kilka zabawniejszych scen jak przykładowo jedna z pierwszych Teresy - rzucanie wszystkim, co wpadło w ręce to cała ja przez kilka dni w miesiącu.
Jednak mimo to nie czuję się specjalnie ruszona tą ekranizacją. Nie wyzwoliła we mnie większych emocji - nie denerwowałam się, nie czułam irytacji, nawet nie bałam się o bohaterów, co jest u mnie raczej niespotykane, szczególnie biorąc pod uwagę klimat filmu. Nie mogę jednak powiedzieć złego słowa o grze aktorskiej. Znałam wielu aktorów z innych produkcji, jednak nie byłam pewna odtwórcy Thomasa - Dylana O'Briena. Wiele osób wychwalało mi go za "Teen Wolfe'a", ale nie umiałam się przekonać do tego serialu i obawiałam się nieco dziecinnej gry aktorskiej. Zdałam sobie nawet sprawę, że widziałam chyba w filmie "Pierwszy raz" i również nie byłam zachwycona (samym filmem i przy okazji aktorem). Tutaj jednak nie mogę mu nic zarzucić - spisał się świetnie. Podobnie jak Ki Chong Lee (grający tutaj Minho), którego pewnie część z Was zna z serialowej ekranizacji przygód Chloe King oraz Thomas Brodie-Sangster - w filmie grający Newta, którego na pewno kojarzą fani "Gry o tron". Również zadowoliła mnie Kaya Scodelario - zagrała świetnie i to dobrą postać. Jak zresztą rozmawiałyśmy po seansie z Agą i Martą z Secret Books, ewidentnie potrzeba tam było kobiecej ręki!
Zdaję sobie sprawę, że wielu z Was dopiero wybiera się do kina, więc uprzedzam - nie nastawiajcie się na super wrażenia. Będzie dobrze, tak na 7 punktów w skali do 10. Doradzę tylko, że jeśli planujecie coś jeść lub pić w trakcie, pilnujcie filmu i uważajcie na te niespodziewane, mroczne momenty. Ja o mało co nie wysypałam nachosów. I jeśli mam być szczera, chyba w końcu sięgnę po książkę. Nie dziś, nie jutro, ale niedługo - tak, by mieć czas na ochłonięcie po ekranizacji i zapomnienie kilku mniej ważnych wątków.
Serdecznie dziękuję portalowi BookGeek za nagrodzenie w konkursie, Agnieszce za towarzystwo, a rodzicom za tolerowanie mojego latania o każdej porze dnia i nocy na tego typu wydarzenia.
Jestem Wam wszystkim wdzięczna!