Tytuł: Ogniste skrzydła
Seria: Miasto Aniołów - tom I
Autor: Karolina Wojtaszek
Wydawnictwo: Poligraf
Data wydania: grudzień 2013
Seria: Miasto Aniołów - tom I
Autor: Karolina Wojtaszek
Wydawnictwo: Poligraf
Data wydania: grudzień 2013
ISBN: 978-83-7856-173-6
Liczba stron: 186
Cena: 27 zł
Natalia - moja ocena: 2,5/10
Kolejny raz okazuje się, że im książka cieńsza, tym gorzej wypada. Karolina Wojtaszek jest młodą autorką, która zadebiutowała dość niedawno na polskim rynku pierwszym tomem trylogii Miasto Aniołów pt. "Ogniste skrzydła". Sam tytuł trylogii nasuwa skojarzenia do książek pani Clare, prawda? Don't worry, treść też. Wiek i brak doświadczenia czy też raczej "opisania" autorki niestety bardzo razi w oczy już od pierwszych stron. Niemniej nie spisuję tej książeczki w całości na straty.
Viktoria jest typową nastolatką z typowymi problemami. Ma przyjaciół, chodzi do szkoły, użera się z problemami życia codziennego... i wpada na innych uczniów na środku korytarza. Pewnego dnia wybiera się wraz z przyjacielem do ulubionego klubu. Tam poznaje Rogera, z którym niedawno czołowo zderzyła się w szkole. Nagle okazuje się, że nic nie jest takie, jak się wydawało, salę zasnuwa mgła, następuje walka z kompletnie obcymi dziewczynie postaciami i w jej efekcie Viki zostaje porwana. Okazuje się, że tylko ona może ocalić świat, w którym żyje, a ma jej w tym pomóc nie kto inny, jak tajemniczy Roger. Jak ma to zrobić i czy wywiąże się z zadania?
Zacznijmy od podstawy. Wymieszanie dwóch imion: Wiktoria i Victoria jest po prostu dziwne i raziło mnie przez całe 180 stron. Albo jedna opcja, albo druga, łączenie obu nie bardzo mi odpowiadało. Sama postać... zresztą nie tylko ona, wszystkie postaci w tej książce były irytujące jak diabli. Viki, Mati, Roger i cała reszta... Załamało mnie to. Przypomniało mi to tzw. gimbazę żadną szpanu, sławy i tym podobnych. Sama Viki to chodzący ideał, a wiadomo, jak ja takowe kocham. Tak samo jak bezmózgich przystojniaków myślących, że są cacy i nikt im nie podskoczy, bo są piękni i najwyraźniej oślepią tym innych. Oślepić, owszem, umiał, ale głupią.
Rzecz druga - opis z tylnej okładki ani słowem nie wspomina o mitologii chińskiej. Nie orientuję się w niej ani trochę, więc gdy przeczytałam pojęcia takie jak Doji, Akka, Yan Lou, to zdębiałam. Autorka nie wyjaśniła, co jest czym, tylko przyjęła za pewnik, że czytelnik zna temat. Niestety nie tędy droga. Kultura chińska nie jest u nas dobrze znana ani popularna, więc trzeba takie pojęcia i postaci lepiej opisywać. W sumie dotąd nie wiem, o co chodziło z kilkoma pojęciami, mimo że specjalnie odłożyłam w czasie zrecenzowanie tej powiastki.
Poza tym - skąd, do jasnej ciasnej, w mitologii Wschodu wziął się Fenrir?!
Po trzecie - nie byłoby logiczniej wydać całej trylogii w jednej książce, skoro jedna część ma zaledwie 180 stron? Książki dzieli się na tomy dlatego, by nie były zbyt grube, ale nie po to, by były cieńsze. To wcale nie jest równoznaczne z szybszym czytaniem, a jedynie działa na niekorzyść. Tutaj akcja pędziła zbyt szybko. Opisy walk i wielu innych zdarzeń zostały ukrócone do minimum, a momentami były zbyt ważne dla akcji, by taki zabieg stosować. Przykład: "Wziął rozpęd i zaatakował z całej siły, walczył dzielnie, niczym w jakimś szale. Jednak umiejętności, które posiadał, to za mało, by pokonać tylu przeciwników, gdy zaatakowali jednocześnie." (str. 42) I tyle by było walki w scenie, w której te kilkanaście słów opisało całą jej akcję. Wygląda to po prostu tak, jakby autorka nie czuła się na siłach w danych rodzajach opisów, a - znowu niestety - pisząc, nie można w tak jawny sposób omijać swoich słabszych stron.
Wracając od tego, o czym wspomniałam we wstępie - nawiązania do Darów Anioła. Clary też wywróciła swoje życie do góry nogami dzięki wizycie w klubie i tam spotkanym istotom a la z innego świata. Nadanie trylogii podobnego tytułu to cios w plecy dla autorki.
Plus za smoki - pomieszanie z poplątaniem, ale coś w nich było.
Język nie zawsze był dobry, ale dało się czytać. To też plus jak na młody wiek. Popracowałabym na pewno nad budowaniem zdań i - ogólnie rzecz biorąc - stylistyką.
Najbardziej książkę zniszczyła nieogarnięta treść i brak wyraźnego planu, przez co akcja gnała na łeb, na szyję. Nie było tragicznie, ale nie wiem, czy nazywając książkę przeciętną, nie przechwalę jej. Wątpię, bym kontynuowała serię, chyba że autorka podejdzie do drugiego tomu z większym przemyśleniem fabuły i po prostu włoży w niego więcej pracy.